RSS
Robert Dołęga

Italy 2011

turystyka włochy wakacje samolot Florencja Werona Wenecja Bolonia pizza samochód Smart wino Vaporetto strajk

Italy

Jako, że obowiązującą zasadą powinna być tak, która mówi, ‘że należy napisać posta o poprzedniej wyprawie przez kolejną’, to niniejszym zabieram się do pracy. Zaczęło się standardowo, tani bilet do Bolonii, później szukanie hoteli, układanie planu, szukanie zabytków i miejsc, które warto zobaczyć. W międzyczasie zaczęliśmy wchłaniać wiedzę o Toskanii, Chianti, Weronie, krzywych wieżach i wielkich kanałach.

Polska – Włochy

Wszystko dobrze się potoczyło, uzbrojeni w wiedzę, bilety i urlop wyruszyliśmy. Tak jakoś wyszło, że przez Katowice i również niezależnie od nas przez sławny peron numer 5. Katowice bardzo zubożone brakiem pięknego dworca kolejowego oraz nie mniej sławnej restauracji „Restauracja”. W centrum wielka dziura i wszędzie objazdy. Dla odmiany w Pyrzowicach po staremu, małe lotnisko, jedzie się autobusem. Italy Samolot wystartował i po 2h z Wizzair-em byliśmy na włoskiej ziemi, na malutkim lotnisku Forli koło Bolonii. Tylko co wylądowaliśmy i od razu się zaczęło – strajk na kolei na początek. Jak się okazuje takie sytuacje często występują we Włoszech, nawet na stronie włoskich kolei jest specjalna zakładka – co robić w przypadku strajku. Pociągi jeździły ale z dużymi opóźnieniami, no i musieliśmy swoje odczekać. Szyki transfer do Bolonii a później już mnie szybki do hotelu, a to ze względu na nieznajomość terenu. Otoczenie hotelu dość niestandardowe jak na Włochy, zamiast pizzerii na każdym rogu kebaby. Ale spokojnie i nawet okej. Szybko jednak wyskoczyliśmy na miasto na pierwszą włoską pizze ?, ale że było już dość późno to trochę pozwiedzaliśmy zanim trafiliśmy na otwartą kantynę. Na każdym rogu studenci oraz standardowo strajk tym razem bezdomnych.

Italy

Florencja

Mieliśmy się poruszać po Włoszech wypożyczonym samochodem. I tak też się stało. Co prawda miał być Fiat Panda a trafił się Smart i samo wypożyczenie wiązało się z pierwszym błędem logistycznym tego dnia, ale może nie będę o nim wspominał. Gdy w końcu okiełznałem tego króla przestworzy i ruszyliśmy autostradą słońca (A1) do Florencji. Droga bardzo ładna ale też kręta. Trochę dziwnie jechało się po autostradzie taką mała dwuosobową kulką, co też determinowało nasze mizerne międzyczasy. Wjazd do Florencji od strony południowej również nie był najlepszym rozwiązaniem więc będąc już na miejscu nie byliśmy w najlepszych nastrojach. Zaparkowaliśmy więc niczego nieświadomi jak najbliżej centrum (przed zona traffico limitato). Pierwszym punktem i jedynym zaplanowanym było muzeum Galleria degli Uffizi, taki must Florencji. Byliśmy w o wiele lepszej sytuacji niż setki czekających na bilety ponieważ wykorzystaliśmy kanał internetowy sprzedaży biletów. Galeria jak galeria, dużo obrazów, rzeźby i inne eksponaty. Spędziliśmy tam ponad godzinę, co było wynikiem sprinterskim. Ale główne punkty zaliczone, m.in. Sandro Botticelli (Madonna, Narodziny Wenus), Leonardo da Vinci (Zwiastowanie), Michał Anioł (Święta Rodzina), Rafael (Cudowna Madonna ze szczygłem), Tycjan (Flora), Rubens (Portret Izabelli Brandt) to o nich uczyliśmy się w podręcznikach z polskiego czy historii. Następny punkt – piękny XIV wieczny Piazza della Signoria z rzeźbami Neptuna, Dawida i Loggią dei Lanzi, robi to kapitalne wrażenie, chociaż sam Neptun to w Gdańsku jest ładniejszy. Wędrując starymi wąskimi uliczkami dotarliśmy do najbardziej charakterystycznego miejsca tego miasta Katedra Santa Maria del Fiore (Duomo). Budynek powala swoim ogromem oraz oryginalnością wykonania. Elewacja wykonana z białego i zielonego marmuru wyróżnia się na tle pozostałych budowli. Mnogość płaskorzeźb na elewacji jest kolejnym elementem generującym różnice. Dodatkowo monstrualnych rozmiarów kopuła potęguje gabaryty. Super była również bardzo wysoka dzwonnica Giotta. Generalnie jesteśmy po wrażeniem. Jednak w środku już nie jest tak kolorowo, wydawać mogłoby się nawet, że kościół jest niedokończony, puste nawy, mało fresków – zaskoczyło nas. Italy Po krótkim smakowaniu się we Florencji postanawiamy ją opuścić, żeby później wrócić. Atakujemy południe, stolice Chianti – Greve in Chianti. Zaczęły się małe wąskie dróżki i malownicze pagórkowate okolice. Wszędzie winorośle i gaje oliwne, pięknie. Stolica Chianti to malutkie spokojne miasteczko z pomnikiem pierwszego tubylca, który widział Manhattan. Naturalnie zapasy wina tego dnia się powiększyły. Wracając do cywilizacji natknęliśmy się na wypadek który odciął drogę powrotną i musieliśmy błądzić po małych miasteczkach i nieznanych uliczkach – ale GPS czuwał. A wracaliśmy do Florencji a w zasadzie tylko do knajpy polecanej przez rodzinę Madzi – Zaza. Nawet spoko miejsce, trochę długo się czeka i coś leci z sufitu ale widać że mają w okolicy szacunek bo było pełno ludzi i trzeba było odczekać swoje na wolny stolik – jedzenie, co nie było zaskoczeniem, oczywiście pyszne. Jako, że baza była w Bolonii to na koniec czekało nas ponad 100km w małej kulce na autostradzie. A kiedy dotarliśmy do Bolonii, można było spokojnie powiedzieć – to był naprawdę intensywny dzień.

Bilans: 3 butelki wina, 3 problemy logistyczne, 1 mandat

Italy

Werona

Druga noc w Sant\'Orsola w Bolonii minęła nadzwyczaj szybko i bardzo wcześnie byliśmy gotowi w kolejną podróż tym razem do Werony a dokładnie nad jezioro Garda. Podróż również szybko zleciała. Pierwsze zadanie, śniadanie. Gdy dorwaliśmy jakąś restaurację na kempingu, zaczął się leniwy czas przy kawie i słońcu. To nam pomogło, ładne widoki, słonce i coś na ząb w dobre humory nas wprawiło. A Werona okazała się bardzo piękna i chyba najbardziej nam się podobała. Mieliśmy ją pominąć, że niby słaba, że mała i że tylko Romeo i Julia i że nie ma tam nic do zobaczenia. A jednak Hotelik – lepsza okolica niż w Bolonii, jakiś nowocześniejszy, bardziej kolorowy, lepiej się mieszkało. Idąc do centrum centrum zaczepili nas kibice jakimiś śpiewami, nie wiem jaki był wynik ale byli bardzo pozytywni. Pyszne parzaki z mozzarella, niebo w gębie - dlaczego tego w Polsce nie ma!? Na początki zrobiliśmy sobie objazd miasta kolejką samochodową, takie półgodzinny trip po centrum, i już wiedzieliśmy ze jest to przyjemne miejsce. Największym zabytkiem i atrakcją Werony jest Arena, antyczny obiekt niewiele ustępuje rzymskiemu Koloseum, nie sposób nie wspomnieć o śmiesznym mimie udającego rzymskiego wojownika Dla mnie jednak najładniejszym miejscem był Piazza delle Erbe, plac ziół, drugie serce miasta. Cudowny pałacu Maffei, którego szczyt zdobią postaci: Herkulesa, Jowisza, Wenus, Merkurego, Apollina i Minerwy. Kolumna z uskrzydlonym lwem św. Marka. Wieża Gardello z 1370. Fontanna w kształcie kobiecej postaci. Okoliczne średniowieczne kamienice ozdobione freskami. Plac jest dość zatłoczony. Torre dei Lamberti Italy Nieopodal jest miejsce gdzie żyła sobie Julia i przychodzi do niej Romeo. Oczywiście miejsce wymyślone i nie było tan nawet balkonu, ale tysiącom osób to nie wadzi, to nie interesuje. Przychodzą robią sobie zajęcia, dotykają do piersi Julii, kobiety wchodzą na balkon i machają do swoich mężczyzn. Wpisują się na ścianie. My też w tym uczestniczymy. Dużo wąskich uliczek, wszędzie średniowieczne budowle, pomniki m.in. Dantego, Jakieś grób, Kość słoniowa Pomimo, że nie zdążyliśmy wypożyczyć rowerów co by jeszcze bardziej nasączyć się atmosferą tego miasta to Kolacja w takich okolicznościach była pierwsa klasa

Wenecja

Docierając samochodem do Wenecji miałem dwie możliwości: 1 – Plac Roma i 20E za parking; 2 – Mestre za free i bus do Placu Roma – ta druga opcja wygrała. Nie było większych problemów ze znalezieniem parkingu w Mestre. Plan był taki, udajemy się do Placu św. Marka wodą a wracamy lądem. Jako, że gondole po 80E było trochę za drogie postanowiliśmy wziąć tramwaj wodny. Trochę jak w Stambule. Czas na ładne zdjęcia na FB. Cały Grande Canal jest dość szeroki i bardzo zatłoczony. Przy prawie każdej posesji zacumowane są jakieś łódki. A posesje to w zasadzie tylko szeregówki a’la pałacyki. Po jakieś 30 min. byliśmy już na placu św. Marka a tam przywitały nas tłumy turystów oraz wszędobylskie reklamy. I właśnie te reklamy źle wpisywały się klimat placu, który jest bardzo ładny. (Całe otoczenie Mostu Westchnień było obite reklamą firmy motoryzacyjnej) Bazylika św. Marka, wiadomo zachwyciła, szczególnie te ciemne trochę bizantyjskie ściany. Następnie robiliśmy sobie wiele zdjęć przy mostkach, w wąskich uliczkach, na tle gondoli a to wszystko w drodze do mostu Rialto, tak to tego właśnie który często jest bohaterem filmów ?. Generalnie jest ciasno, tam gdzie można było coś postawić to stoi. Woda może nie jest błękitna czy tam szmaragdowa ale nie śmierdzi jak ostrzegał mnie kolega. Most oczywiście, a jakżeby inaczej, oblegany przez turystów, wszędzie sklepy z pamiątkami i złotem. Po paru fotach idziemy dalej. Zaliczamy jeszcze pyszną kawusię przy kolejnej krzywej wierzy i idąc dalej, gubiąc się w gąszczu domków, krzywych uliczek i niezrozumiałych znaków docieramy do miejsca skąd wypłynęliśmy. W Wenecji zostało tylko dwie rzeczy do zrobienia, jeszcze. Maska i owoce morza. I tak też zrobiliśmy. Wenecja jest bardzo ładna, z pewnością można zwiedzać ją kilka dni, a smakować przez lata, nam udało się poczuć klimat przez jeden dzień. A jak będziemy gdzieś w okolicy to z chęcią się przepłyniemy jeszcze raz tymi kanałami. Powrót do Bolonii zaczęliśmy w Mestre, gdzie zostawiliśmy samochód, więc cały plan opłacił się bardzo. Po ponad 2h autostradą byliśmy w Bolonii.

Włochy – Polska

Z samego rana oddajemy samochód, zatankowany pod korek jednak nie idealnie czysty to on nie był. Jednak do tej pory nie upomnieli się o rekompensatę więc chyba przeszło. Oczywiście bus z lotniska drogi (20E) więc idziemy kilometr dalej na linie miejską. Trochę to uciążliwe jednak budżet to budżet. Bagaże do przechowalni na dworcu i już zwiedzamy Bolonię. Na początku atakujemy krzywe wierze, zostały tylko dwie a były ich setki w średniowieczu, każda rodzina sobie takie budowała. Zaliczyliśmy też trzy kościoły: Największą bazylikę San Petronio, trochę niedokończoną i w planach mającą być większą niż św. Piotra z Rzymu, San Pietro też duży ale mniej i mniej ładny oraz bardzo ładny malutki kościółek który przypominał stambulski Chora Church. Oczywiście trzeba było to zrobić i pójść na studia tzn. na jeden z najstarszych uniwersytetów na świecie. Mowa oczywiście i uniwersytecie w Bolonii. Nie ma on jakby centralnego budynku, jest to obszar wielu budowli, placów i parków. Wejście do każdego jest przez bramki więc nie dane nam było zrobić choćby kilku zdjęć. W ramach rekompensaty zrobiliśmy mnóstwo zdjęć okolicy, a tam m. in. grafitti nawołujące do zaprzestania atakowania Libii przez wojska NATO, oraz wzywające jaśnie panującego Sylwio do ustąpienie ze stanowiska premiera Włoch. Bardzo ładne. Widzieliśmy też kolejnego Neptun w posągu, ale jak zawsze zaznaczam, ten w Gdańsku jest the best. Co nas zaskoczyło w Bolonii, że jest naprawdę stara, najstarszą ze wszystkich miast które widziałem, ten średniowieczny klimat po prostu czuć. Smutne, stare, wysokie, bez okien budowle trochę przytłaczają. Kolejna rzecz to zadaszone chodniki z marmuru. Przy każdej prawie wąskiej uliczce są chodniki schowane za arkadami, które wyłożone są marmurem lub jakimś kamieniem, bardzo ładne to jest. Ostatnią rzeczą która mnie zaskoczyła był sos bolognese który był bardzo mięsny a mało pomidorowy a do tego tłusty i słodki, mniam. Niestety trzeba było się zbierać i wsiadać do pociągu w kierunku Forli. W tą stronę udało się bez strajku. Na lotnisko okazuje się, że świat nie jest taki duży i spotykamy przyjaciółkę Madzi z flamenco, którą pozdrawiamy. Lot nie należał do przyjemnych ze względu na turbulencje, ale nie wiem czy to jest regułą na trawie Forli – Warszawa. No i jakoś wieczorem jesteśmy w domu. Zmęczeni jak prawie zawsze, ale kto powiedział, że na wakacjach się odpoczywa?

Więcej:

Stambuł zimową porą

turystyka wakacje Turcja Stambuł Azja Islam samolot Berlin Kebab prom meczet muzeum

Istanbul

Dlaczego Stambuł? Z kilku powodów. Cieplej niż w Polsce, dobre rekomendacje od znajomych, ciekawa historia, Azja i nie tak drogo, daleko jak Egipt czy Maroko. Skyskanner pomógł w znalezieniu biletów, padło na tanie tureckie linie lotnicze Pegasus, wylot z Berlina, prawie bezpośrednio. Hotel to zasługa Europe Cities. Padło również trochę przypadkowo na Maya Hotel. Potem tylko czytanie i małe planowanie.

Dzień 1 - 2010-12-27

Start dla mnie zaczął się dość wcześnie bo już po świętach. Pociąg, 7.40 Warszawa – Szczecin. Tylko 20 min opóźnienia na starcie więc okej. W nieodśnieżonym Szczecinie Madzia już czekała. Co prawda nie z kwiatami ale uśmiech był jak zawsze uroczy.

Na miejscu postanawiamy przełożyć bus (Szczecin – Berlin) z 18 na 20 bo jak okazało się mamy samolot o 1.55 a nie o 1.00.

Ale trasa na lotnisko nie była przyjemna, bardzo ślisko i bardzo biało. Autostrada po stronie niemieckiej z 3 pasów miała tylko jeden odśnieżony. Zacząłem się martwić o start samolotu, gdy pod Berlinem zaczął padać śnieg, dużo przecież było informacji w mediach o odwołanych samolotach, problemach z odśnieżaniem lotnisk itp. Dodatkowo kolega święta spędził w Brukseli z powodu opadów śniegu.

Ok. 23 dojechaliśmy do lotniska Schönefeld (SXF) i od razy blady strach. Wiele samolotów odwołanych, jakieś komunikaty o transferach do hoteli. Generalnie niewiele ruchu w powietrzu, więcej na ziemi. Ale mamy 3h do odlotu więc czekamy.

Dzień 2 - 2010-12-28

Ale tryby jakoś ruszyły. Security control, check-in, odprawa paszportowa i jesteśmy w gate-cie. Jest trochę Polaków więc nie mogłem się zachowywać tak swobodnie jak można na obcej ziemi. Startujemy normalne i po 2.5h lądujemy po azjatyckiej stronie Stambułu, na lotnisku Sabiha-Gökçen (SAW). A była wtedy 5.45 lokalnego czasu. (4.45 naszego). Po krótkim oczekiwaniu kupujemy wizę (15E) i możemy już zwiedzać.

Jest cieplej, ale bez szału. Trochę pada. W międzyczasie poznajemy Polkę i jej tureckiego chłopaka, który instruuje nas jak poruszać się po Stambule używając komunikacji publicznej. Mając więc już pewną wiedzę jedziemy E10-ką do Kadiköy aby wziąć Fast Ferry do Eminönü.

Dużo osób postanowiło przetransportować się tak jak my, więc przez ponad godzinę jazdy autobusem E 10 (50 przystanków) jest dość ciasno, ja pilnuję bagaży. Na Kadiköy kupujemy Akbil – takie urządzonko, na które można ładować credits, które otwierają bramki do wszelkich środków komunikacji miejskiej. Następnie statek do Eminönü (główne miejsce przesiadkowe w Stambule niedaleko mostu Galata) i już jesteśmy po europejskiej stronie. Dalej pieszo do hotelu co było małym wyzwaniem nie znając rzeczywistości stambulskiej. Na końcu okazało się, że szliśmy przez targ egipski więc nie trudno było się tam zgubić. Nam udało się tylko jeden raz, więc ok. godz. 10 docieramy do pierwszego celu – hotel Maya.

Pokój 209 z widokiem na schody przeciw pożarowe, trochę ciasny ale przytulny, łazienka średnia, jest klima. Idziemy spać.

Wieczorem wypad na kolację, oczywiście kebab. Dajemy się zgarnąć jakiemuś naganiaczowi. Ale jedzenie pyszne.

Generalne Stambuł wydaje się być dość chaotycznym miejscem. Dużo się dzieje różnych drobnych rzeczy w jednym miejscu. Ktoś coś spawa, ktoś zamiata, ktoś sprzedaje, ktoś krzyczy, ktoś przechodzi na czerwonym świetle. Dużo sprzedawców – mężczyzn.

Aha no i 2 x wzięli nas za Włochów, dziwne :/

Dzień 3 - 2010-12-29

Jako, że niejako w pakiecie mieliśmy śniadania to z nich korzystaliśmy. Generalnie są na słodko, dużo serów, mało mięsa no i ciepła to jest tylko kawa bądź herbata.

Pierwszy dzień zwiedzania i od razu zaczynamy z wysokiego ce. Jedziemy nowoczesnym tramwajem do Sultanahmet-u zobaczyć jeden z Cudów Świata – Hagia Sofia (Kościół Mądrości Bożej, zwany również Wielkim Kościołem). Jest długa kolejka, ale oczywiście czekamy. 20TL wjazd, czyli ok. 40 peelenów. Kupujemy audio guide, wszystko gra ale człowiek dał nam wersję grecką i muszę wszystko odkręcać. Hagia Sofia

Sama Hagia Sofia jest jak się można spodziewać bardzo dużym budynkiem albo raczej budowlą. Czuć jej wiek (budowa VI wiek) oraz bizantyjskość i wpływ islamu. Jest bardzo szeroka w porównaniu ze znanymi mi kościołami. W środku nieliczne pozostałości po mozaikach oraz napisy w języku arabskim. Na samym końcu gdzieś w kącie znajdujemy chrześcijańskie elementy – pierwszy sukces ;-).

Potem idziemy do Cysterny bazyliki, jest to naprawdę warte odwiedzenie miejsce. Choć niepozorne i łatwo ominąć je bo obiekt znajduje się pod ziemią, to chyba nie ma takiego innego miejsca na świecie. Obiekt służył kiedyś jako zbiornik na wodę na czas oblężenia. Teraz to muzeum. W środku duża przestrzeń z kolumnami, woda na dole z pływającym rybami. Woda się musi gdzieś skraplać bo ciągle pada gdzieniegdzie. Są też tutaj rzeźby meduz na niektórych kolumnach. Ciekawe miejsce np. na urodziny albo na koncert – bo jest tam również mała scena.

Dalej idziemy obrzeżami parku do Błękitnego Meczetu. W odróżnieniu do Hagii Sofii która jest muzeum, Blue Mosque jest czynną świątynią więc wejście jest za free, ale dla niewiernych od tyłu i nie wszędzie możemy wejść. Aby jednak wejść zdejmujemy buty i pakujemy je w ładne reklamówki. Niewierni są oddzieleni od wiernych, wiernych jest niewielu i sobie spokojnie się modlą a pozostali robią zdjęcia. Bardzo ładny jest ten meczet, ściany jego wyłożone są błękitnymi płytkami co daj mu tą niebieskość. Ogrom – porównywalny rozmiarami do Hagii Sofii, super oświetlenie i bardzo duży i miękki dywan na posadce robi wrażenie. No i ciekawostka Blue Mosque ma 6 minaretów, ewenement.

Dalej mały odpoczynek w tanim kebsie (bakłażan, doner i tea za 16 TL) i ruszamy dalej w kierunku Małej Hagia Sofii (Kościół św. Sergiusza i Bachusa) obecnie meczet. To też meczet więc wchodzimy bez butów, bardzo spokojnie i ładnie miejsce. Takie trochę na uboczu, trochę zapomniane przez turystów (może 1% tych z Hagia Sofii tutaj wita). Madzi się strasznie podoba, mi zresztą też.

Zamykając koło, które rysowaliśmy na mapie przechodzimy przez Arasta Bazar, bazar przy Blue Mosque, z którego dochód utrzymuje meczet. Dosłownie jedna uliczka a złota pewnie kilka ton.

Istanbul Po małej sjeście oczywiście kolacja i kolejny kebab i kolejny naganiacz – człowiek który ma koleżankę Polkę. Chicken soup, doner baran, ryż, lawasz i fryty, bro, 4 herby – 50TL czyli na bogato, a miejsce jak jedno z wielu.

Generalnie Stambuł nie taki straszny jak go malują.

Dzień 4 - 2010-12-30

Dzisiaj zaczynamy od rejsu po Bosforze, czyli żelazny punkt programu. Tramwaj do Eminönü i atakujemy jakieś Bosfor Cruise. Jednak okazuje się, że przegapiliśmy główny 6 godzinny rejs i musimy szukać innych. W międzyczasie pojawia się człowiek-naganiacz który proponuje rejs łodzią, która „teraz śpi i zbudzi się za 45 min jeżeli damy 25TL”. W sumie to żałuję, że się nie zdecydowaliśmy, może byłoby ciekawie. Po drugiej stronie mostu Galata. znajdujemy w miarę spoko opcję – łódeczka za 10TL, 1.5 h. Niestety pomimo wcześniejszego przyjścia popełniamy błąd logistyczny i siadamy po złej stronie i potem mamy tylko trochę gorsze humory. Płyniemy do 2 mostu, pijemy czaj, robimy foty, jest zimno.

Istanbul Potem tram do Grand Bazaar, bardzo spoko miejsce, zadaszony targ, takie centrum handlowe kilkuwieczne. Jedno z takich miejsc, które wyróżniają Stambuł. Cały targ jest bardzo duży i jest podzielony na różne sekcje: ze złotem, srebrem, skóry, porcelana, ubrania itp. Kupujemy kilka rzeczy i wracamy do bazy.

Wieczorem wyprawa w stronę zachodnią miasta (czyli nie do centrum). Jednak za daleko się wypuszczamy bo nie ma niczego tylko ciemność można zobaczyć. Wracamy i jemy kolację w sieciowej tubylczej knajpie - Modern Turkish Fast Food – YCL. Już nie pamiętam jak było więc pewnie średnio.

Dzień 5 - 2010-12-31

Jest słońce, jest dobrze. Po śniadaniu atakujemy Topkapi. Pomimo że na mapie pałac z ogrodami jest tak duży jak Rosja na mapie świata to ciężko znaleźć jest wejście. Pierwsze wrażenie średnie ale się rozkręca. Dużo zieleni. Długa kolejka do skarbca, super widoki na Stambuł oraz relikwie muzułmańskie (np. włos z brody Mahometa) – w takim skrócie. Jest też harem z ładnymi dywanami i łazienkami. Z historią w tle miejsce zyskuje w oczach.

Następnie wpadamy na PKP Orient Expressu oraz na bułkę z rybą przy Galata Bridge – pyszności, tego mi brakuje w Polsce: ryba, bułka i sałata – przygotowanie 5 sekund. Istanbul Samo miejsce widać jest lubiane przez Turków bo panuje tam duży tłok, i nie ma naganiaczy na ryby – bo czeka się w kolejce na miejsce siedzące. Malutkie stoliki ustawione nad samym brzegiem rzeki, jedzenie przygotowywane na naszych oczach, na bujającej się łodzi – miejsce naprawdę godne polecenia. Są za to naganiacze na colę, fantę, chusteczki odświeżajace i czerwony sok z ogórkami kiszonymi i kapustą (oczywiście muszę spróbować, próbuję i….zostawiam. Ale Turcy chyba to lubią).

Pożywieni udajemy się na Taksim. Taksim to inny świat, deptak z tysiącem ludzi, ze sklepami znanych marek. Wygląda jak deptaki z europejskich metropolii. Przez sam środek przejeżdża wąskotorowa kolejka, która jest kolejną atrakcją. Wiemy, że jeszcze tu wrócimy.

Jako, że dzisiaj jest ostatni dzień roku postanowiliśmy celebrować go przy Hagia Sofia. Plan był taki, wyruszamy w miasto o 23 jemy coś na mieście i idziemy pod Hagia Sofia – na pewno coś tam będzie. I tak zrobiliśmy. Było dość zimno i nie było kilkudziesięciu tysięcy ludzi pod HS a tylko kilkaset. Nie było sceny i gwiazd muzyki pop a tylko jakieś ognisko rozpalone gdzieś na uboczu i jakieś orientalne tańce, i śpiew. Ale był szampan pity w kubkach po herbacie, były życzenia turystów no i była Hagia Sofia.

Dzień 6 - 2011-01-01

Na leczenie kaca wybraliśmy się na Western District, tak to nazywają w przewodniku. Aby się tam dostać wykorzystujemy zintegrowany system komunikacji miejskiej tram-metro. Jedziemy koło starych murów miasta ok. pół h i wysiadamy w dzielnicy gdzie dużo kobiet chodzi w burkach, generalnie islamskie klimaty i bieda. Co ciekawe nie zaczepiają nas, nie nagabują, nie naciągają, ale uśmiechają się, co wykorzystujemy i wchodzimy w tkankę dzielni. Szukamy Chora Church. Po kilku zwrotach znajdujemy cel i w ramach uczczenia tego zamawiamy herbatkę (oczywiście po turecku, czyli bardzo mocna i bardzo słodka). Istanbul Chora Church (Kościół św. Zbawiciela na Chorze) to obecnie muzeum a historia była trochę podobna do Hagia Sofii czyli kościół -> meczet -> muzeum. Chora to godne polecenia miejsce, może nie jest blisko i nie jest to duży obiekt w porównaniu z np. Błękitnym Meczetem, ale na pewno się spodoba, Jest tam mnóstwo mozaik i fresków, niemal na każdej ścianie zachowały się piękne ozdoby. To robi wrażenie - na tak małej przestrzeni tak wiele.

Następnie dalej eksplorujemy Western District i trafiamy na imama który ma napad kaszlu podczas nawoływania do modlitwy. Dość komicznie to wyszło ale bardzo prawdziwie i naturalnie.

W powrocie do centrum miał pomóc nam statek ale nie przypłynął. Pomógł nam natomiast jakiś stary Turek nie mówiący po angielsku. Z języka migowego mamy +1. W centrum, przy Galacie dużo ludzi korzysta z dobrej pogody i łowi ryby, zastanawiające, że w tej wodzie są ryby, przecież Bosforem pływa tysiące statków a Stambuł liczy kilkanaście milionów mieszkańców. Czegoś nie rozumiem, ale ryby biorą, sam widziałem. Istanbul

Kończymy na Taksimie, który tym razem zaczął się wieczorem mienić tysiącem kolorowych świateł. Tak samo przyjemnie jak ostatnio.

Dzień 7 - 2011-01-02

Po śniadaniu atakujemy Üsküdar - Azja jak się patrzy. Üsküdar leży na wschodnim brzegu, dostajemy się tam statkiem z Eminönü. Wysiadamy i co? Normalni ludzie, jakieś targi, dużo meczetów, ale te tutaj są mniejsze. Na dobry początek jemy coś małego i słodkiego, jakieś połączenie faworka, pączka i tłuszczu.

Nie mieliśmy szczególnych planów, tylko badawczo-turystyczne. I nic szczególnego nie zobaczyliśmy oprócz tego co napisałem. Jest tanio, mają ładny park i ludzie są szczerzy, kelner podając pide (turecka pizza) powiedział, że jest bez sera bo się skończył.

Wracając do Europy. Wysiadamy przy Dolmabahçe, ostatni pałac Sułtanów. Przechodzimy security control, stoimy po bilety a tu okazuje się, że nici z wejścia. Jest 16:10 a wchodzić można do 16 i bardzo im przykro ale możemy sobie iść. Trochę dziwnie, bo przeszliśmy kontrolę bezpieczeństwa i czekaliśmy kilkanaście minut po bilety. Na szczęście załapaliśmy się na zmianę warty, prawie jak przy Grobie Nieznanego Żołnierza

Teleportacja na Taksim, a jakby gdzie. I co, śmiało można powiedzieć, że najlepsze kasztany są na placu Taksim! Do dzisiaj mam je zapakowane w woreczku. 3 razy na Taksim, tylko w hotelu bywamy częściej, ale jakoś przyjemnie tam jest. Tym razem nie włóczymy się bez celu tylko szukamy knajpy z ulotki i przewodnika, znajdujemy ją i jest git. Siedzimy po turecku na poduszkach, oddzielna izba na 3 piętrze, klimat jest. Istambuł Najadamy się do syta (lachmacun i pide), oraz ucinamy sobie krótką rozmowę z kelnerem o Polsce, Turcji i arabskim alfabecie.

Kręcimy się jeszcze po Taksimie i wpadamy do knajpy, jest okazja na coś mocniejszego, wybór pada na raki – anyżówka. Jak dla mnie ohyda.

Dzień 8 - 2011-01-03

Dzień zakupowy, idziemy do targu egipskiego i robimy zakupo-prezenty, plan był taki, że pójdziemy także do dużego targu jeszcze raz, ale wszystko załatwiliśmy w jednym miejscu.

Dzień 9 - 2011-01-04

Dzień wylotu i pożegnania ze Stambułem. Po spakowaniu i śniadaniu opuszczamy hotel i jedziemy do Kadiköy skąd mamy E10 na lotnisko, tą samą którą przyjechaliśmy w odwrotną stronę. Jako że jest po 12 dopiero a autobus mamy po 16 to robimy sobie wypad na dzielnię.

Idziemy na Wednesday Market, który okazuje się niewypałem, zamiast tysięcy straganów widzimy 2 uliczki z jakimiś starociami z Chin. Jeździmy takim zabytkowym tramwajem po kwadratowej pętli. Miało być fajnie ale było ciasno więc szybko skończyliśmy. Robimy sobie zdjęcie z bykiem. Kolejne dogadywanie się na migi nie wychodzi idealnie i w knajpie dostajemy zupełnie coś innego niż zakładaliśmy, ale jest dobre. Mogę polecić Bozę (lekko sfermentowany napój bezalkoholowy) .

Podczas jazdy E10 na lotnisko mamy tak w zasadzie jedyną nieprzyjemną sytuację. Zostajemy skrzyczenie (w zasadzie Madzia) przez konserwatywną muzułmankę za to, że trzymamy plecaki na jednym z siedzeń.

Ok. 18 jesteśmy już na lotnisku, trochę za wcześnie, ale chyba tęsknimy za domem ? Tam trochę obawiamy się pozostawionej torby i olewczego stosunku obsługi. Jednak nic się nie dzieje i ok. 23 wsiadamy do samolotu i wylatujemy w kierunku Berlina.

Dzień 10 - 2011-01-05

Z lotniska Schönefeld odbiera nas rodzinka Madzi. Jest chyba 2 czasu lokalnego po 4 jesteśmy już w Polsce. O 16 pociąg do Warszawy, która wita nas po 5 godzinach


Legia - Arsenal, otwarcie nowego stadionu

warszawa live sport event Legia Arsenal mecz piłka nożna

Legia

Po dwóch latach budowy stadion Legii zmienił się nie do poznania. Co prawda inwestycja jest jeszcze nie skończona to trzy nowe trybuny stanowią nową jakość na Ł3. Wszystko jest nowe, wszystko lśni, jest pięknie.

Powrócił również doping na stadion. Ponownie było słychać na co stać warszawską publiczność. Po mino, że ultrasi zostali migrowani za bramkę przy Łazienkowskiej, nie stracili nic ze swojej siły przebicia.

Oczywiście jest parę niedoróbek i błędów w organizacji ale przy okazji święta nie będę o tym pisał a jako że jestem szczęśliwym posiadaczem karnetu to pewnie nie raz będę miał okazję opisać co się dzieje na Legii.

A sam mecz, trochę niespotykany wynik. Legia – Arsenal 5:6, taki rezultat to nawet w hokeju trudno spotkać. Cieszą uzyskane bramki a martwią stracone, ale czy aż tak bardzo w końcu to był mecz otwarcia i lepiej było zobaczyć 11 bramek niż jedną bądź wcale.

i jeszcze kilka zdjęć z otwarcia stadionu

Legia - Arsenal Legia - Arsenal Legia - Arsenal Legia - Arsenal Legia - Arsenal Legia - Arsenal Legia - Arsenal

Legia Warszawa - Arsenal Londyn, Sen o Warszawie

Legia Warszawa - Arsenal Londyn, Skrót meczu


1 2 3 4 5 6 7